wtorek, 17 stycznia 2017

Idealny rozświetlacz dla bladolicych i nie tylko - My Secret Face Illuminator Powder "Sparkling Beige"

Zakochałam się! I postanowiłam podzielić się z Wami swoim uwielbieniem do pewnego kosmetyku, który wprost zawładnął moim sercem. Jest to produkt przeze mnie wyczekiwany, szczególnie od momentu, gdy Daniel zapowiedział, że w końcu doczekamy się jaśniejszej wersji rozświetlacza od My Secret. I oto w końcu jest - boski Face Illuminator Powder w odcieniu Sparkling Beige.


Sparkling Beige to, jak wspominałam we wstępie, kolejny odcień wypiekanego rozświetlacza marki My Secret. Wcześniejszy, złoty cudak zrobił nie lada furorę i został doceniony przez najlepszych! I choć też uważam, że jest to świetny produkt, a jego blask wprost zachwyca, tak nie jest to produkt dla mnie, właścicielki bladej cery, bo po prostu się na niej odznacza. Więcej o rozświetlaczu Princess Dream przeczytacie w poście na blogu - TUTAJ.


Tymczasem skupmy się na nowości marki. Sparkling Beige to przepiękny rozświetlacz w jasnym, szampańsko-kremowym odcieniu, o dość chłodnym, bardzo delikatnie różowym blasku. Ma on jaśniutką bazę, która nie odznacza się na bladej i jasnej cerze, dzięki czemu jest on jeszcze bardziej uniwersalny niż jego starszy brat. Choć na pewno warto zauważyć, że na ciemniejszej karnacji nałożony w większej ilości, może nieco za mocno rozjaśniać skórę.

Muszę przyznać, że odkąd go otrzymałam, nie rozstaję się z nim i używam codziennie. To nie tylko zasługa ślicznego odcienia (bardzo takie lubię!) oraz tego, że nie odznacza się na mojej bladej cerze, ale także dzięki temu pięknemu, mocnemu (choć z możliwością budowania) blaskowi. Połysk jest wprost cudowny, jednolity, bardzo elegancki, a gdy nałożymy produkt w mniejszej ilości - może być nawet subtelny. Idealnie się stapia z moją bladą skórą o chłodnym, żółtym kolorycie, nadaje jej świeżości, i modnego glow. Uwielbiam nakładać go obficie (mocno maczam wtedy pędzel w produkcie, choć nasycenie ma i bez tego bardzo dobre) i tworzyć za jego pomocą piękną taflę. Bardzo chętnie korzystam też z niego, gdy chcę rozświetlić wewnętrzne kąciki oczu czy też miejsce pod brwią. W każdej roli wygląda wspaniale!


Tak samo jak jego starszy, złoty brat, i ten rozświetlacz ma ciekawą konsystencję - niby suchą, ale jednocześnie całkiem jedwabistą w dotyku. Co więcej dobrze się nabiera na każdy rodzaj pędzla, choć ja wolę te syntetyczne, wtedy produkt nie kruszy się tak mocno w opakowaniu. Idealnie również nakłada się na skórę, czy to właśnie za pomocą pędzli, gąbeczek czy nawet palców. Nie ma w sobie żadnych widocznych drobin, nie wędrują więc one po twarzy, a blask mamy dokładnie tam, gdzie chcemy.

Poniżej na szczytach kości jarzmowych w świetle sztucznym (lampa pierścieniowa) i dziennym.


Jeśli chodzi o odcień, chciałabym Wam jeszcze nieco porównać go do innych produktów, które posiadam. Oczywiście nie jest on tak złoty i ciepły jak Princess Dream, ani Mary-Lou od The Balm. Trochę przypomina mi rozświetlacz z Melkiora Light Touch, jest jednak od niego mniej różowy i ma mocniejszy blask. W porównaniu do mojego ukochanego Winter Glow z Melkiora, jest od niego nieznacznie chłodniejszy i mniej złocisto-brzoskwiniowy. Nie jest także tak biały jak Moonlight z KOBO. Wydaje mi się naprawdę wyjątkowy, i jeśli, tak jak ja, lubicie takie kolory rozświetlaczy - na pewno się w nim zakochacie!

Jako że jest to produkt wypiekany, a jego gramatura jest naprawdę spora (7,5 g), jestem przekonana, że starczy mi na długi czas. Mam jednak nadzieję, że wejdzie na stałe do asortymentu marki i będę go mogła kupić w Drogeriach Natura, kiedy tylko zechcę. A kosztuje jedynie 15,99 zł i często bywa na promocjach, więc tym bardziej warto się w niego zaopatrzyć!

Ja jestem zakochana w tym rozświetlaczu i jestem pewna, że każda bladolica polubi go równie mocno! Polecam gorąco :)

Jak Wam się podoba ten rozświetlacz? Lubicie takie odcienie? Jakie są Wasze ulubione rozświetlacze? ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...